Dynów leży w dolinie Sanu, w otoczeniu Pogórza Dynowskiego, a większość naszych zleceń w tym rejonie dotyczy budynków stojących poza zwartą zabudową — w Bartkówce, na Zarzekach, Karolówce czy Górze, a także w Bachórzu, Harcie i Dylągowej. Wspólny mianownik jest taki, że jednostkę zewnętrzną trzeba postawić z głową: nie w zagłębieniu terenu, gdzie nocą zbiera się najchłodniejsze powietrze, i nie od strony, z której zimą nawiewa śnieg. Podnosimy ją zwykle 40–60 cm nad grunt na konsoli lub podeście, zapewniając swobodny odpływ kondensatu i miejsce na odszranianie. W kilku realizacjach jedynym sensownym miejscem okazała się ściana szczytowa od strony podjazdu, mimo że wymagała dłuższej trasy hydraulicznej.
Warunki klimatyczne pogórza są ostrzejsze niż w kotlinie rzeszowskiej, choć dzieli je zaledwie 45 km drogami przez wzgórza. Więcej tu opadów i śniegu, dłużej utrzymuje się pokrywa, a nad Sanem — w rejonie mostu i kolejki wąskotorowej Przeworsk–Dynów — poranne mgły potrafią trwać do południa. Wilgotne powietrze o temperaturze bliskiej zeru to najtrudniejsze warunki dla parownika, bo szron narasta najszybciej właśnie wtedy, a nie przy silnym mrozie. Dlatego punkt biwalentny ustawiamy zwykle w przedziale od –7 do −10 °C, a nie na −12 °C, jak bywa w projektach kopiowanych z warunków miejskich.
Struktura zabudowy przekłada się bezpośrednio na dobór urządzeń. Typowy dom, jaki tu zastajemy, powstał między latami sześćdziesiątymi a dziewięćdziesiątymi, jest murowany z pustaka, ma wysokie stropy i grzejniki żeliwne lub stalowe zaprojektowane na zasilanie 70/55 °C. Pompa ciepła zestawiona z taką instalacją bez żadnych zmian będzie pracować z fatalną efektywnością, bo każdy stopień podniesienia temperatury zasilania to około 2,5% spadku COP. Rozwiązania są dwa: powiększenie powierzchni grzejników w kluczowych pomieszczeniach albo ograniczenie strat na tyle, by wystarczyło 45–50 °C. Zwykle wystarczy wymiana czterech–sześciu grzejników, co kosztuje ułamek tego, co przebudowa całej instalacji.
Warto też powiedzieć wprost, kiedy inwestycja nie ma sensu. Dom o powierzchni ponad 200 m², bez ocieplenia, z pojedynczymi szybami i zapotrzebowaniem rzędu 20 kW, wymagałby pompy, której koszt zakupu i eksploatacji przewyższy to, co daje kocioł na drewno przy własnym opale. W takich przypadkach proponujemy rozłożenie inwestycji: najpierw ocieplenie przegród i stolarka, po sezonie dobór pompy do już poprawionego bilansu. Zdarza się, że po roku zapotrzebowanie spada z 20 do 11 kW, a razem z nim koszt urządzenia i rachunek za prąd. To dłuższa droga, ale jedyna, która kończy się zadowoleniem z inwestycji.